Co roku zaczynasz z pełnym entuzjazmem. Masz marzenie, cel, motywację i determinację. 30 dni później, nie masz już nic. A zatem co dzieje się między dniem pierwszym i ostatnim? Dlaczego jesteś w stanie z uśmiechem na ustach pogrzebać swoje marzenia w ciągu 30 dni i czuć się z tym całkiem dobrze?
Sprawa zaczyna się mniej więcej tak. Zbliża się koniec roku. Niedługo Sylwester. Od paru dni myślisz sobie: „od nowego roku przestaję palić”. Sylwester mija, a Ty oznajmiasz osobom w swoim otoczeniu, że koniec z fajkami. Przez pół dnia jest zupełnie luźno-przecież jesteś silnie zmotywowany. Dasz radę, przecież to Ty zawsze rządziłeś tym nałogiem. A właściwie to nawet nie był żaden nałóg. Paliłeś bardziej dla zabawy niż z jakiegoś innego powodu. Zawsze uważałeś, że to taki rodzaj społecznej przepustki do grona dorosłych albo jakaś zabawa z czasów liceum. Po prostu pozostałość. Teraz postanowiłeś pozbyć się tego ogonka i dlatego od rana nie palisz. Około 23 poczułeś, że nie będzie aż tak łatwo, ale przecież nie będzie też wcale trudno. Zasnąłeś. Jest ranek, może kawa i papieros???
Nie, nie ma już papierosa. Zjadasz więc marchewkę. Ma Ci zastąpić papierosa. Marchewka jest dosyć smaczna, też wkłada się ją do buzi a do tego jest jeszcze zdrowa. Przyda się za te wszystkie papierosy palone latami. Biegniesz do pracy. W robocie właśnie pół biura zjada śniadanie i rozmawia o mozolnie zbliżającym się weekendzie. O, kilka osób idzie na papierosa. Ale Ty nie możesz iść z nimi, przecież już nie palisz. Nie wolno Ci. Na własne życzenie wykluczyłeś się z klubu palacza. Ale co tam. Przecież masz marchewki. W pracy kilka razy obejrzałeś film o sportach ekstremalnych na youtube. Teraz też będziesz mógł tak fikać, bo przecież już nie palisz. Trochę smutno, że chłopaki chodzą sobie na petka, a Ty gnijesz przed swoim ekranem, ale na szczęście masz jeszcze kilka marchewek. Praca na dzisiaj skończona. Wracasz autem do domu a tu niestety korek. Kurde, już 20 min dłużej wracasz na chatę. Zapaliło by się. O fuck nie masz już marchewek…
No dobra, jesteś kłębkiem nerwów, ale dotarłeś wreszcie do domu. Około 20 wpadnie dwóch kumpli obejrzeć film i wypić piwko. Wpadli przed 21. Już samo czekanie na nich było walką z chęcią zapalenia, ale nadal jesteś zmotywowany, więc po prostu obejrzałeś wiadomości. Przyszli trochę spóźnieni, bo w monopolowym nie było waszych ulubionych marlborasków i skoczyli na stację. Przekazali Ci tę informację, bo tak jakby zapomnieli, że Ty nie palisz. Stoją sobie w przerwie filmu u Ciebie na balkonie i ćmorają petka, a Ty jak ostatni głąb siedzisz na kanapie i gorliwie na nich czekasz, wmawiając sobie, że nie chce Ci się jarać. Poszli wreszcie.
W podobnym tonie dotrwałeś do piątkowego wieczoru zajadając swoje marchewki. W pracy trochę sobie z Ciebie stroili żarty, że niby jakiś królik jesteś, ale co tam, najważniejsze, że nie palisz. Wieczorkiem imprezka w pubie. Siedzisz z koleżkami przy piwku pogrywając w bilard. Jest miło. Znikąd pojawia się pomysł, żeby napić się wódeczki. Po trzeciej kolejce, jeszcze przed północą zaczynasz myśleć, że w sumie jeden papieros to przecież nic takiego, w końcu nie paliłeś przez 5 dni. Jeszcze nie wiesz, że do rana wypalisz prawie pół paczki a przed przyszłą środą znowu będziesz palił. Byłeś bohaterem przez 5 dni, później byłeś prawie bohaterem jeszcze przez 3 dni. Możesz sobie pogratulować. Właśnie po raz kolejny przegrałeś.
Brzmi znajomo ? Nie ważne, czy chodzi o palenie, picie, trenowanie, naukę gry na gitarze czy pilnowanie diety-zazwyczaj kończy się szybko i boleśnie. Żeby wylizać sobie ranę, stosujemy każdy znany nam mechanizm obronny. Zaprzeczamy, racjonalizujemy, kłamiemy lub usprawiedliwiamy.
Jeśli zdarzyło Ci się kiedykolwiek nie zrealizować zamierzeń, to zapraszam Cię do przeczytania drugiej części tego posta.
Znaczniki
efektymotywacjatrening